Sól zwietrzała i bezużyteczna

Wydaje się, że na temat konkursu chopinowskiego powiedziano już wszystko, dogasają ostatnie błyskotliwe recenzje ekspertów branżowych pism, radiowych rankingów i telewizyjnych audycji, a i sama publiczność kieruje zmęczone kroki w stronę muzyki innego gatunku. Magiczny portal przenoszący muzykę klasyczną do świata mainstreamowych mediów zostaje szczelnie zamknięty, aby otworzyć się, zgodnie z tradycją, za kolejne pięć lat. 

Konkurs Chopinowski jest niewątpliwym kulturowym fenomenem, doszczętnie w polskiej kulturze zmitologizowanym, od lat podtrzymującym w Polakach ich poczucie narodowej dumy i tożsamości.  Fryderyk Chopin jako święta krowa polskiej kultury od dawna jest przedmiotem politycznej manipulacji. Sentymentalny odbiór jego muzyki odradza w Polakach ich poczucie dumy i jedności narodowej zgromadzonej wokół uniwersalnych romantycznych idei, kultu młodości, który symbolizuje nie tylko wieszcz narodowy, ale także sami młodzi uczestnicy konkursu. Chopin na moment łączy Polaków z Rosjanami, wierzących z niewierzącymi, narodowców z obrońcami praw mniejszości seksualnych, biednych z bogatymi, starych z młodymi itd.. Poczucie więzi i wspólnoty przeżywającego kryzysy społeczeństwa było i będzie zawsze potrzebnym narzędziem dla polityków, niezależnie od czasów i ich partyjnej przynależności.

Z perspektywy masowego odbiorcy współczesnej kultury, rzeczywistość świata muzyki poważnej wydaje się nazbyt wyrafinowana i patetyczna, trzymana w złotej klatce snobizmu, nadająca się co najwyżej do oprawy najważniejszych uroczystości państwowych. Środowisko muzyki klasycznej, choć fantazjuje o popularności i skrycie zazdrości muzyce rozrywkowej jej żywego kontaktu z odbiorcą, z rozmysłem zamyka się na standardy współczesnej kultury w fałszywej bańce niszowej elitarności, bezpiecznej i odpornej na tzw. “mowę nienawiści” typową dla brutalizmów współczesnych mediów. Nic dziwnego, że muzyka klasyczna nie zjednuje sobie odbiorców wśród najmłodszego pokolenia. Muzyka rozrywkowa posługuje się językiem prostym i zrozumiałym, nie zniechęca nikogo swoją niedostępnością. Nie dzieli społeczności na kasty i nie tworzy wokół siebie pomników, jest dostępna do konsumpcji dla każdego, niezależnie od jego pozycji czy wykształcenia, nie tworzy wokół siebie elitarnej profesorskiej otoczki. Środowisko muzyki klasycznej pozornie lokuje swoje wartości duchowe powyżej muzyki rozrywkowej i z wyższością patrzy na dochodowość jej przemysłu, w rzeczywistości jest jednak niewolnikiem tej samej mamony – władzy, pieniądza i popularności. 

Muzyka dawna dla współczesnego człowieka jest już niemal całkowicie egzotycznym tworem, a jej wykonawcy z trudem odnajdują się w skrajnie skomercjalizowanej rzeczywistości. Zepchnięcie wykonawstwa muzyki klasycznej do niszy sprawiło, że środowisko pianistyczne stało się wysoce rywalizacyjne, każdy może być potencjalnym konkurentem w walce o miejsce pracy, w którym z łatwością można podmienić jednego „młodego, wybitnego wirtuoza” na innego. Jest to świat z roku na rok coraz bardziej brutalny, sterowany przez mechanizmy rynkowe, w którym nie ma miejsca na przyjaźnie, co w konsekwencji przeradza się w bezwzględną, krwawą walkę młodych ludzi o zdobycie prestiżowych ofert pracy. Agencje artystyczne traktują swoich artystów jak branża modelingowa, skazując ich na zawodowy niebyt, gdy osiągają oni dojrzałość. Prestiżowe konkursy muzyczne są zatem szansą dla młodych muzyków na zaistnienie w umasowionej rzeczywistości rynkowej. Chopinowski spektakl kryje swoje podwójne, mroczne oblicze – młodzi ludzie rywalizują na śmierć i życie o swoją przyszłość i istnienie na rynku pracy zanim będzie za późno. Metody eliminacji konkurentów bywają brutalne, a medialna skorupa politycznej poprawności przykrywa wszelkie niesprawiedliwe mechanizmy walki o zdobycie najwyższych laurów w konkursie.

Elitarność, niszowość i snobizm środowiska muzyki klasycznej jest zatem ogromną przestrzenią do manipulacji opinii publicznej, sztuka sama w sobie nie daje bowiem prostych odpowiedzi i wymierzonych w tabelkach wyników. Czy można jednoznacznie stwierdzić, że muzyka Fryderyka Chopina jest lepsza od muzyki Dymitra Szostakowicza? Czy można uznać wyższość wizji piękna Rubensa nad wynaturzoną ideą Picassa? Opisują one inną rzeczywistość, posługując się różnymi narzędziami. Obiektywizujemy i porównujemy warsztat artystów, lecz nigdy samą emocjonalną treść ich dzieł. Według jakich kryteriów można ocenić dojrzałość i duchową głębię młodych wykonawców utworów Chopina? W jaki sposób wymierzyć ich fizyczność, dusze i osobowości jeśli nie według wysoce subiektywnych standardów narzuconych przez elitarne jury i środowisko dziennikarskie? Czy takie traktowanie nie wydaje się nikomu brutalne i niehumanistyczne? Czy publiczność niewykształcona muzycznie, nazywana pogardliwie przez ekspertów “zwykłym słuchaczem”, dla którego przecież szykowane jest całe to przedstawienie, ma jakąkolwiek wartość opiniotwórczą? Masowy odbiorca jest dla ekspertów zaledwie profanem, zalecane jest, aby “edukował” się muzyką klasyczną, lecz jego opinia nie jest przedmiotem żadnej poważnej dyskusji. Co ważnego o muzyce Chopina czy Mozarta może mieć do powiedzenia pracownik myjni samochodowej? Kreowanie treści, tworzenie bohaterów narodowych należy w społeczeństwie konsumpcyjnym do ekspertów, ludzi wykształconych i wywyższonych przez instytucje państwowe, jedynie oni znają tajemniczy kod wartościujący co jest warte upowszechnienia, a co już nie, jedyny słuszny model, który przez profanów powinien być posłusznie akceptowany. Dziennikarstwo muzyki klasycznej zastyga w swym relatywizmie, niesamodzielności opiniotwórczej i politycznej poprawności tak zręcznie nazywanej dziś tolerancją wobec pluralizmów, kto bowiem śmie kwestionować werdykty i podważać wiarygodność autorytetów? 

Wysiłek wniknięcia głębiej w spłaszczony do granic możliwości przekaz medialny podjęło z różnych skutkiem niewielu komentatorów: blogujący profesor filozofii Jan Hartman pisze o młodych uczestnikach konkursu z perspektywy “utowarowienia” kultury, pisarz Adam Wiedemann i redakcja dwutygodnik.com decydują się na przekroczenie granicy poprawności politycznej korzystając z mocniejszych przypraw: agresywnego języka współczesnych mediów, obraźliwej i zblazowanej quazi-literackiej narracji, a dziennikarz Robert Mazurek w kabaretowym tonie przepytuje swoich gości o korupcję wśród członków jury, zarobki zwycięzców konkursu i sukienki laureatek ostatecznie sprowadzając całe zjawisko do nic nieznaczącej farsy.

Czekając na barbarzyńców… 

Współcześnie interpretacje są coraz bardziej ujednolicone, głównie za sprawą globalnego charakteru szkolnictwa muzycznego, olbrzymiej ilości konkursów pianistycznych i przede wszystkim – dostępności nagrań. Wykonania konkursowe najczęściej trzymają się raz obranego ideału, który ma swoje korzenie w tradycji pianistycznej, zapoczątkowanej wykonaniami największych postaci pianistyki XX wieku. Czy w epoce zdominowanej przez nagrania jest jeszcze miejsce na indywidualność?  Dźwigamy pianistyczną tradycję, będąc porównywani do ikon pianistyki połowy i końcówki XX wieku lub – co ostatnio bardziej popularne w związku z ożywieniem historycznych praktyk wykonawczych – do protoplastów współczesnego wykonawstwa, choć sztuka ich gry stanowi całkowicie różną od dzisiejszej wizję pianistyki. Czasy Paderewskiego, Cortot, Friedmana, Leszetyckiego, bezpowrotnie minęły, ich wykonania dla dzisiejszego pianisty mogą być co najwyżej inspirującą ciekawostką, bowiem oczekiwania współczesnego konsumenta są diametralnie różne. Współczesny pianista zderzając się z dawną estetyką, nawet jeśli jest jej szczerym wielbicielem, trzymany jest w szponach profesjonalizmu i współczesnych standardów wykonawczych, które nieodwołalnie narzuciła rywalizacja konkursowa i fonografia XX i XXI wieku. Jak zauważa Neil Peres da Costa:

Władza reżysera dźwięku połączona z perfekcją techniczną narzuconą przez przemysł fonograficzny i oczekiwania konsumentów uformowała późno XX wieczną estetykę wykonawczą. W tym kontekście (…) perfekcja oznacza dokładna realizację rytmu, bezwzględną podległość notacji i całkowite wyeliminowanie różnorodności temp w obrębie samego tempa rubato, które było integralnym aspektem ekspresji i frazowania w wykonawstwie na początku XX wieku. To dążenie do perfekcji może doprowadzić [wykonawców] do granic własnych możliwości. Hambourg [Mark] przyznaje, że swoistą trudnością w stworzeniu interesującego nagrania jest skrępowanie wyobraźni solisty obsesją perfekcyjnego wykonania. Rezultatem takiego sposobu myślenia jest pozbawiona wyrazu produkcja. Przekonuje wykonawców, aby zachowali swoje poczucie człowieczeństwa i przeciwstawili ciepło swojej osobowości oziębłości bezdusznego odtwórstwa.

Czy konkursy to w dzisiejszej kulturze konsumpcyjnej jedyna przestrzeń do rozwoju, która zapewnić może artyście istnienie na rynku pracy i dotarcie ze swoją sztuką do masowego odbiorcy? Czy poza wydarzeniami o większym zasięgu medialnym pianistyka skazana jest na niszowość? A może jesteśmy już tak przesyceni dobrami kultury, tak wielu sztukę produkuje, że brakuje już jej odbiorców… zaczynamy obojętnieć wobec piękna, nudzi nas i męczy, internet zalewa obfitością najlepszych produkcji, toniemy w nadmiarze dóbr. Nie potrafimy sami zdecydować, który produkt jest najlepszy. Nic już nas prawdziwie nie porusza, staliśmy się – jak pisze Roman Brandstaetter – solą zwietrzałą i bezużyteczną?

W tym kulturalnym supermarkecie swoje zaufanie powierzamy ekspertom, którzy decydują za nas co zobaczyć, czego posłuchać, co czytać, czego doświadczać, co myśleć, jakie wartości upowszechniać. Jan Hartman w opublikowanym w czasie konkursu chopinowskiego eseju Przemysł kulturalny i genialne dzieci obnaża kondycję współczesnego człowieka w dobie kultury konsumpcyjnej:

Publiczność brodzi w geniuszu po pas i nie jest w stanie zmieścić nic więcej. Dusi się duchem i umiera z przesytu. Wszystko jest rutyną – rutyną jest geniusz, rutyną jest zachwyt i rutyną jest wyjątkowość (…) i co będzie dalej? Co może się jeszcze wydarzyć w muzyce, w literaturze, malarstwie, skoro wszystkiego jest więcej, niż potrzebujemy? Skoro nie ma już żadnego niezaspokojonego wielkiego głodu, a jedynie ten głód codzienny, zaspokajamy dzień za dniem najsmakowitsza i najzdrowszą strawą? (…) Genialne dzieci z Konkursu Chopinowskiego wchodzą w okrutny świat zglobalizowanej, hiperprofesjonalnej kultury, w którym czeka je nieuchronnie ten sam los luksusowego utowarowienia. Niech sława i pieniądz lekkie im będą…

Taka apokaliptyczna niemal wizja teraźniejszości zakłada całkowity bezsens istnienia, nihilizm, pustka i bezcelowość ludzkich działań, ukierunkowanych wyłącznie na własny egoistyczny interes i bezmyślna konsumpcję. Okazuje się, że nawet regularne przyswajanie treści duchowych, które dostarcza współczesna sztuka, nie zaspokoi największych potrzeb egzystencjalnych człowieka. Czy dla Jana Hartmana sztuka jest wobec tego najwyższą sublimacją człowieczeństwa? Kiedy sztuka powszednieje i mamy dziś tak wielu wybitnych wirtuozów, pisarzy i kompozytorów swojego gatunku, nie ma już sensu pomnażać swojego talentu, bo nie będzie można go skapitalizować? Kiedy twórczość, słowo, dźwięk, obraz czy ludzkie relacje dewaluują się szybciej niż kiedykolwiek należy porzucić próbę komunikacji z ludźmi, bo jest nieopłacalna? Czy takie wartości jak odwaga, szlachetność, szczerość i czystość intencji to w dzisiejszym świecie oznaka głupoty i naiwności, ponieważ nie przekładają się na materialny zysk? Czy ze względu na powszechność dóbr, dzięki której tak wielu może dziś z powodzeniem realizować swój potencjał zawodowy, powinniśmy zacząć się wzajemnie pożerać, eliminować, usuwać z planety niepotrzebny ludzki byt, który zagraża komfortowi większości? Jan Hartman może i celnie diagnozuje raka współczesnej kultury, za to z rozmysłem, cynicznie zostawia czytelnika z poczuciem dojmującej goryczy, wizją pogrążenia się w karnawale nicości albo ukrytego pragnienia…samozagłady…znudzenie, pustka i oczekiwanie na katastrofę, podobne nastroje odnaleźć można w słynnym wierszu Konstandinosa Kawafisa pisanego niedługo przed pierwszą wielką wojną światową: Bez barbarzyńców, cóż poczniemy teraz? Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem…

Materialistyczne podejście do sztuki dotyka także samych metod pedagogicznych, ogólna tendencja światowej pedagogiki pianistycznej opiera się na doskonaleniu wykonań studentów poprzez wypracowanie „recepty” (tzw. kanonu) na idealne wykonanie, takiej, która daje gwarancję na zwycięstwo w konkursie. Chwalebnymi wyjątkami są ci pedagodzy, którzy poprzez rozwój swojego ucznia rozumieją jego ogólny zarówno artystyczny i jak i moralny wzrost, poprzez sięgnięcie do jego psychiki, wyobraźni, duchowości, wiedzy o stylach czy innych dziedzin sztuki. Wykonania muzyki zrodzone w procesie poznania treści intelektualnych i duchowych oraz czerpanie ze źródła własnej emocjonalności jako tworzywa, z którego buduje się interpretację, rodzą tzw. wykonania „niekonkursowe”. Choć są one artystycznie wartościowe przez swą odmienność eliminują z wyścigu o najwyższe trofeum. Interpretacja “niekonkursowa” to innymi słowy interpretacja artystyczna, otwarta na komunikację z innymi ludźmi, to naturalna konsekwencja procesów emocjonalnych i intelektualnych zachodzących w ludzkiej psychice. Sam utwór staje się wtedy przestrzenią do realizacji osobistych treści duchowych. Taka interpretacja ma charakter improwizacyjny, podlega bowiem impulsom podświadomości artysty i kaprysom jego wyobraźni. Jest także narzędziem poznania, gdyż przepuszczona przez osobową wrażliwość chłonie treści powstające pod wpływem emocji scenicznych. Dla muzyka otwartego na interakcję z żywą materią własnych emocji koncert jest zawsze sytuacją potencjalnie niebezpieczną, swojego rodzaju zaburzeniem jego życia wewnętrznego, równowagi, którą należy przywrócić, aby nie doprowadzić do zaburzeń psychicznych: neurotyzmu, nałogów czy innej osobistej tragedii. Równie trudno o zachowanie równowagi psychicznej, kiedy pozbawia się artystę kontaktu z publicznością, możliwości dzielenia się swoja twórczością z innymi ludźmi. Vladimir Nabokov doznawał największych inspiracji podczas ataków neuralgii żebrowej. Twórcze napięcie nagromadzone w psychice artysty bez właściwego wyładowania nierzadko prowadzi do przewlekłych chorób.

Interpretacja, która można by nazwać „konkursową”  to interpretacja zorientowana na wynik, skończona, zamknięta na interakcje z drugim człowiekiem. Utwór staje się produktem do sprzedaży, rodzajem cyrkowego triku, sprytnego oszustwa, które nie ma nic wspólnego z dojrzałym aktem artystycznym, a wypracowany jest dzięki regularnym, sportowym treningom. Muzyk skoncentrowany jest na technicznym aspekcie wykonania, jego celem jest zagranie utworu w sposób nieodbiegający od ustalonego kanonu i dokładnym przekazaniu wizji pedagoga. Z perspektywy przeżycia emocjonalnego jest to występ uśredniony, jednak dzięki takiej strategii zyskuje skuteczność i stabilną formę we wszystkich etapach konkursu. Podrobieniu może ulec każdy element produkcji: piękno dźwięku, giętkość frazy, czas muzyczny, stylowe wykończenie, lecz nigdy sama treść emocjonalna. Ten brakujący element nie reaguje na żadne manipulacje. Jednak aby dostrzec w muzyku jego autentyczność, samemu należy być niestrudzonym poszukiwaczem…prawdy, człowiekiem wyczulonym na mistyfikację. Nie łatwo posiąść prawdę, gdyż z natury wymyka się wszelkim definicjom. Samo jej pragnienie okupione jest wysiłkiem, a jej wytrwały poszukiwacz nierzadko doznaje z jej powodu upadków i upokorzeń. Rzeźbi ją nie tylko w trudach fizycznej pracy przy instrumencie, lecz przede wszystkim z własnych duchowych zasobów.

Emocje czy sentymenty?

Podczas konkursów nieustannie mówi się o emocjach w muzyce Chopina, o ich uniwersalności. Geniusz muzyki Chopina leży w wielowymiarowości sfery emocji, z którymi każdy może się utożsamić. Osiemnastolatek może w niej odnaleźć ślady swojego pierwszego zawodu miłosnego, dojrzała kobieta może zrealizować swoją bujną zmysłowość, ktoś pobożny dostrzeże tam samego Boga. Nie wiadomo, czy to tylko gra wyobraźni, czy prawdziwe możliwości transformacyjne tej muzyki. Często bowiem infantylizujemy emocje, myląc je z tanim sentymentalizmem. Czy jednak emocje wyrażają w pełni sferę ludzkiej duchowości?  Czy uzależniająca adrenalina, która wzmacnia doznania i dodaje występom szczególnego posmaku, pomagając wyrazić s i e b i e, jest tym samym co głęboki i twórczy akt dzielenia się s a m y m s o b ą z drugim człowiekiem? Akt artystyczny to głęboko humanistyczna próba zaspokojenia najgłębszej egzystencjalnej tęsknoty – poznania prawdy o rzeczywistości, przekroczenia siebie i komunikacji z drugim człowiekiem poprzez próbę dotarcia do własnych emocji.

Dojrzałość czy przetrenowanie…

Próbując poznać osobowość artysty szukamy bliższego kontaktu z nim, chcemy kontemplować jego ducha, słuchamy rozmów z nim, artykułów, wywiadów. To co dostarczają media zwykle jednak rozczarowuje. Młodzi laureaci konkursów na pytania o zagadnienia artystyczne opowiadają o przebiegu swojej kariery, rzadko kiedy poruszają tematy estetyczne, stylistyczne, rzadko odpowiadają na pytania dotyczące ich własnego życia duchowego. Skąd taka przepaść między wybitnymi wykonaniami a inteligencją emocjonalną pianistów? Czy pianistyka to rzeczywiście jedynie sport wyczynowy? Czy rację ma Jan Hartman twierdząc, że mistyfikacją i efektem przetrenowania jest dojrzałość młodych uczestników konkursu? A może nie zakłada on istnienia sfery nadprzyrodzonej, tej niewytłumaczalnej dojrzałości artystycznej, źródła twórczej energii, która „rozumie chociaż nie rozumie” czyli niezależnych od wieku zdolności człowieka do aktu transcendencji. Siedemnastoletni Franciszek Schubert piszący Małgorzatę przy kołowrotku, Mozart komponujący Requiem w wieku trzydziestu pięciu lat, Jimi Hendrix wydający przełomowy dla historii muzyki album będący zaledwie dwudziestoczterolatkiem, są najlepszym dowodem na najwyższy stopień skomplikowania życia duchowego, które nie jest zależne od wieku. Może więc dojrzałość artystyczna rzeczywiście nie idzie w parze z doświadczeniem życiowym i samoświadomością? Nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi…

Wielki Konkurs pozostawia nas zatem z lista niepokojących pytań: czy konkurs chopinowski to rzeczywiście wydarzenie wspierające kulturę, promujące najwyższe wartości, które symbolizuje muzyka Chopina? Czy w kulturze konsumpcyjnej sztuka gry na fortepianie nie stała się już celem samym w sobie? Czy nie ubóstwiliśmy narzędzi do tego stopnia, że mają one większe znaczenie niż wartości, którym miały służyć, a całe wydarzenie staje się już tylko grą pozorów, służącą, jak pisze Jan Hartman, wyłącznie „luksusowemu utowarowieniu” młodych wirtuozów? Na globalnym rynku “hiperprofesjonalnej kultury” sprzedaży podlegają już nawet same idee: piękna, dobra, prawdy, wolności, które uległy tak zaawansowanemu spreparowaniu, że mało kto potrafi rozpoznać ich rzeczywistą wartość. Czy to zwyrodnienie ludzkiej kultury to zwiastun kryzysu, przemiany czy może katastrofy? Czy w związku z tempem rozwoju cywilizacji będziemy zmuszeni dostosowywać się do nowych rzeczywistości co dekadę, żeby dotrzymać kroku najnowszym trendom kulturowym i utrzymać wspólny język z najmłodszym pokoleniem? Kontemplacja myśli Ignacego Loyoli przynosi chłodny powiew nadziei, że całkowite zawierzenie światu i oczekiwanie na katastrofę przynieść może jedynie cynizm i zgorzknienie. 

I (…) trzeba nam stać się ludźmi obojętnymi w stosunku do wszystkich rzeczy stworzonych, w tym wszystkim co podlega wolności naszej woli, a nie jest zakazane, tak byśmy z naszej strony nie pragnęli więcej zdrowia niż choroby, bogactwa więcej niż ubóstwa, zaszczytów niż wzgardy, życia długiego niż krótkiego. I wybierać jedynie to, co nam więcej pomaga do celu, dla którego jesteśmy stworzeni. 

No właśnie – do jakiego celu jesteśmy stworzeni? Św. Ignacy jasno formułuje priorytety człowieka: do chwały i służenia najwyższemu Bogu, którego człowiek jest cząstkowym odzwierciedleniem, a ostatecznym celem człowieka – zbawienie jego duszy.

                                                       

Czy Twoje cuda ukazują się w ciemnościach a sprawiedliwość Twoja w ziemi zapomnienia?                                                        

Sonata b‑moll Chopina jest tragicznym symbolem walki ze sobą i światem, beznadzieją losu człowieka, którego ostatecznym celem jest śmierć rozumiana jako dominacja egoistycznych skłonności, duchowa pustka i upadek wartości. W trzeciej części, pośrodku bezlitosnego marsza żałobnego Chopin z rozmysłem umieszcza słodką, cichą, jakby znajomą melodię w tonacji Des-dur. Jedyny w całym utworze symbol nadziei. Dotyk świętości. Niewzruszona nadzieja to istota myśli chrześcijańskiej. Nadzieja to wybór drugiego człowieka, wiary w jego twórczy potencjał, idealizm. To nadzieja łączy się nierozerwalnie z miłością do życia i jest motorem napędowym prawdziwego człowieczeństwa. Choć w sonacie Chopin porzuca nadzieję, aby osunąć się w przepaść, w obliczu swojej prawdziwej śmierci – wybiera życie. Poruszająca relacja świadków czuwających przy umierającym Chopinie daje nam świadectwo prawdziwego bohaterstwa tego człowieka – to bohaterstwo ciche i dalekie od egzaltacji tłumów. Choć w przeważającej części twórczość Chopina jest apoteozą cierpienia i mroku, finalnie kompozytor oddaje swojego ducha światłości. „Jestem już u źródła szczęścia” – mówi pod koniec. 

Czy zbudowanie własnej indywidualnej ścieżki artystycznej w skomercjalizowanym do granic możliwości świecie jest jeszcze możliwe? Jan Hartman odpowiada: „Równoległa [do konkursowej] droga prowadzi przez wielką osobistą indywidualność i kreowanie własnej, niepowtarzalnej osobowości artystycznej poza wszelkim kanonem, lecz z zasady jest ona trudniejsza i ostatecznie raczej mniej dochodowa”. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że wszystko jest możliwe, jeśli jest w nas prawdziwa wiara, niewzruszony idealizm. Bo czy nie dzięki wierze kompozytora w najwyższe ideały możemy dziś słuchać i podziwiać jego twórczość w wykonaniach laureatów konkursu jego imienia?

Litania o zbawienie od głupoty

Zbaw nas od głupoty, Panie!

Jesteśmy solą zwietrzałą i bezużyteczną.

Nie umiemy żyć,

Nie umiemy myśleć,

Nie umiemy patrzeć,

Nie umiemy słyszeć,

Nie umiemy niczego przewidzieć,

Nie umiemy z nieszczęść

Wyciągnąć zbawiennych nauk,

I tak wspinamy się

– Zgraja ludzi

Opętanych żądzą zdobywania – 

Po stromej drabinie złudzeń,

A jej szczeble pękają i łamią się

Pod ciężarem naszych nierozważnych kroków.

Czyniąc wszystko na przekór zdrowemu rozsądkowi

I przyrodzonej skłonności do trwania,

Idziemy urojoną drogą

Do urojonego celu,

W klęskach naszych upatrujemy zwycięstwa,

W zwycięstwach nie widzimy zarodków klęski,

W nonsensie upatrujemy sens,

A mowę,

Ten przywilej i chlubę naszego wybraństwa

Uczyniliśmy narzędziem pustej paplaniny

I brzydoty,

I jadowitego kłamstwa,

Na którym usiłujemy zbudować

Wielkość człowieka.

Boże nieskończonej mądrości,

Stworzycielu doskonałego kosmosu

I najpiękniejszej ziemi,

Nieśmiertelnej duszy

I mózgu,

I szarych komórek,

I pięciu zmysłów,

I wolnej woli,

Wyzwól nas z drapieżnych szponów głupoty

Tej czarnookiej kusicielki,

Wabiącej nas na wszystkich rogach historii

Jak na rogach ulic,

Od tej sprawczyni

Naszych błazeńskich zamiarów i czynów,

I upadków,

I jałowego życia,

I daj nam mądrość oczyszczenia,

Nam,

Synom ziemi,

Soli zwietrzałej i bezużytecznej.